14 lutego 2026

Romeo i Julia z Podkarpacia - Krosno

Krosno pięknym miastem jest i basta! Piękny ryneczek z zaznaczonymi pozostałościami dawnych zabudowań, ze studnią i uroczymi podcieniami, wąskie uliczki rozchodzące się od rynku w różne strony i piękne, zabytkowe kościoły. W tym ten dzisiejszy, franciszkański z kaplicą Oświęcimów, z piękną legendą godną samych Romea i Julii, Tristiana i Izoldy i innych zakochańców. 


Pierwsze ślady obecności franciszkanów w Krośnie sięgają XIII wieku, choć oficjalne osiedlenie zakonników nastąpiło w 1378 roku decyzją biskupa przemyskiego Eryka. Początkowo ich siedziba znajdowała się poza murami miasta, na prawym brzegu Wisłoka, w okolicy zwanej Zawodzie. W 1399 roku wielki pożar strawił drewniany kościół i klasztor, co zmusiło zakonników do przeniesienia się w obręb murów miejskich. Na zakupionej działce rozpoczęli budowę murowanej świątyni i klasztoru.


Nowy kościół powstał w latach 1400–1402 w stylu gotyckim. W kolejnych stuleciach świątynia była rozbudowywana – dobudowano nawy boczne, kaplice oraz klasztor, który z czasem zyskał charakterystyczny czworoboczny kształt. W XV wieku przełożonym klasztoru był św. Jan z Dukli, patron miasta, którego relikwie znajdują się w jednej z kaplic.


Kościół Franciszkanów w Krośnie to trójnawowa hala z prezbiterium zamkniętym trójbocznie. Gotycka bryła, ceglane elewacje opięte przyporami, ostrołukowe okna i sklepienia gwiaździste nadają mu wyjątkowy charakter. Wnętrze zachowało wiele gotyckich elementów, choć pojawiły się także akcenty manierystyczne i barokowe w wyposażeniu ołtarzy i kaplic. 


Ostatnią częścią dobudowaną do świątyni jest kaplica Oświęcimów, powstała w latach 1647–48 – perła wczesnego baroku, dzieło włoskich mistrzów Vincenzo Petroniego i Jana Chrzciciela Falconiego, zbudowana na planie kwadratu, nakryta kopułą z latarnią. Kaplica ma charakter grobowy, pochowano w niej członków rodziny Oświęcimów. 


Na ścianach możemy zobaczyć wielkie portrety dwojga osób - Anny i Stanisława Oświecimów. Spoczęli Oni obok siebie ponad 300 lat temu. Inskrypcja nagrobna umieszczona w znajdującej się nad kryptą barokowej kaplicy początkowo nie budziła niczyjego zdziwienia, jednak na początku XIX w. stała się źródłem legendy o niespełnionej, kazirodczej miłości.

"(...) świętej pamięci szlachetnej Anny z Kunowy Oświęcimówny najukochańszej siostry, najsmutniejszy brat Stanisław z Kunowy Oświęcim, dworzanin Najjaśniejszego Władysława IV. króla polskiego i szwedzkiego, na znak wiecznej i śmiercią nawet niezatartej miłości i smutku, (...) na miejsce spoczynku z gruntu wystawić kazał roku od narodzenia pańskiego 1747".

Słowa o wiecznej miłości, której nie może powstrzymać nawet śmierć, rozpaliły wyobraźnię artystów, którzy dostrzegając analogię między Anną i Stanisławem a Romeem i Julią czy Abelardem i Heloizą uczynili ich bohaterami swojego rzemiosła. Krośnieński artysta, uczeń Jana Matejki, Stanisław Bergman uwiecznił załamanego Stanisława przy otwartej trumnie Anny, Miron Białoszewski i Mieczysław Jastrun poświęcili im wiersze, Mieczysław Karłowicz napisał poemat symfoniczny “Miłość i śmierć Stanisława i Anny Oświęcimów”.




A co mówi ta legenda? Stanisław był dworzaninem króla Władysława IV, posłem i łowczym sanockim, człowiekiem wykształconym i obytym w świecie. Anna, młodsza od niego o ponad 20 lat, uchodziła za wyjątkowo piękną i inteligentną kobietę. Według legendy, gdy po latach spotkali się w Krośnie, między przyrodnim rodzeństwem narodziło się uczucie tak silne, że Stanisław postanowił zdobyć papieską dyspensę na ślub. Udał się do Rzymu, gdzie po wielu staraniach uzyskał zgodę Ojca Świętego.


I tu zaczyna się romantyczna część. Przed wyjazdem Stanisław obiecał Annie, że jeśli otrzyma zgodę na małżeństwo, to będzie wracał na białym koniu, a jeśli się nie uda - to na czarnym. Uszczęśliwiony dyspensą gnał, by jak najszybciej dotrzeć do ukochanej. Nie zauważył, że biały koń, na którym jechał, pod wpływem kurzu i brudu stawał się coraz ciemniejszy. Gdy dostrzegła go Anna, wyglądało to tak, że Stanisław wraca na czarnym koniu. Z rozpaczy umarła. Gdy Stanisław wreszcie dotarł do celu, gdy zobaczył swoją ukochaną martwą, pękło mu serce. W ten sposób śmierć połączyła zakochanych...



No i wszystko pięknie, ładnie, ALE! Po pierwsze, to dyspensa na ślub między rodzeństwem (także i tym przyrodnim) jest niedopuszczalna. Kolejna sprawa - według historyków Anna zmarła w 1646 r. w wieku 21 lat na gruźlicę lub na tyfus, kilka dni po tym, jak Stanisław wrócił z Warszawy, gdzie brał udział w obradach sejmowych. Po trzecie - Stanisław zmarł ponad 10 lat później, a nie tuż po swojej siostrze. Dodatkowo po Stanisławie pozostał diariusz - rodzaj dziennika. Według niego, Stanisław cały czas był w rozjazdach, jak nie bronił Rzeczypospolitej przed Turkami, Szwedami czy Rosjanami, to po prostu sporo podróżował. Karol Szajnocha, znany polski historyk, który jako pierwszy dostał się do diariusza, nie odnalazł w nim ani słowa o jakiejkolwiek relacji z Anną, o rzekomej podróży do Włoch, zresztą między 1642 a 46 r. spotkał się z Nią zaledwie trzy razy. 


Wniosek można wyciągnąć dość prosty - miłość tak, ale taka, jak w rodzeństwie, nie jak u kochanków. 



Do poczytania!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz